Po prostu ciekawe
Ostatnio oglądam „19:30” – program informacyjny TVP. I mam wnioski, choć nie takie, jak myślicie.
Tak jak Spotify zabiło albumy, tak internet zabił gazety. Ale nie w tym sensie, że nikt ich nie czyta – wiele tytułów pokazuje, że jednak można zarabiać na jakościowym dziennikarstwie w sieci – tylko w tym, że czytamy artykuły i nagłówki, nie gazety.
Dekadę temu, wybierając się w podróż, kupowałem zwykle jakąś gazetę, najchętniej zagraniczną, i w drodze czytałem od dechy do dechy. Często najciekawszy okazywał się tekst, którego po nagłówku i pierwszych akapitach pewnie bym nie przeczytał. Czasem to było coś równie nie po drodze moich zainteresowań jak sylwetka afroamerykańskiej reżyserki operowej, czasem coś, co normalnie nie przebiłoby się w mediach krajowych, jak tekst o kampanii ludowców na Podkarpaciu, czasem recenzja teatralna – tych przeczytałem wielokrotnie więcej niż zobaczyłem spektakli.
Takie teksty mogły regularnie powstawać i trafiać do gazet, bo wydawcy mogli przemycać je za okładkami przyciągającymi uwagę czymś innym. Mogli też mieć nadzieję, że czytelnik, który przeżyje takie miłe zaskoczenie, chętniej kupi kolejny numer. Mogli liczyć, że jednak czyta się nie tylko sensacja.
Na pisaniu tekstów, które trudno sprzedać w nagłówku, opierała się moja kariera dziennikarska. Ideałem, do którego dążyłem, był tekst, po którym czytelnik mówiłby „nawet nie wiedziałem, że mnie to interesuje”. Jak poszło? Zmieniłem zawód.
Pamiętam z jednego z zamkniętych spotkań wniosek z badań czytelników. W ankietach twierdzili, że zależy im na tekstach o kulturze. Dane na temat odsłon wskazywały jednak na coś zupełnie przeciwnego.
Dawniej podobny sentyment czytelników mógł być argumentem, żeby publikować recenzje teatralne albo sylwetki reżyserów, a czasem nawet mój ulubiony format – duży ficzer o dziwnym zaułku nauki albo historii. Teraz nawet aspirujące serwisy nie zawracają sobie nimi głowy.
Dzisiaj takich tekstów – trudnych do sprzedania czytelnikowi, których istotę trudno zamknąć w nagłówku – na frontach serwisów nie znajdziemy. Są sposoby, żeby do nich docierać. Sam coraz częściej korzystam z newsletterów, które pozwalają sobie na to, żeby mówić do niszy. Ale umówmy się – dzisiaj przychodzi to znacznie trudniej niż w czasach papierowych tygodników.
Oglądanie telewizyjnych wiadomości to sposób, żeby sobie przypomnieć, jak to drzewiej bywało. Jeszcze lepiej by było, gdyby po trzydziestu minutach głównego wydania była jeszcze druga część, w której redaktorzy mówiliby sobie „okej, odwalone obligi, co tam jeszcze macie koleżanki i koledzy”. Dlatego ja sobie dopycham raz na jakiś czas „Tygodnikiem kulturalnym”, a jeśli jeszcze nie zasypiam, to oglądam filmiki o cudacznych zwierzętach (por. Ze Frank).
Oglądając wieczorne wydanie „19:30”, oglądasz skomponowaną wypowiedź dziennikarską. Codziennie pojawia się kilka tematów. Jest coś z krajowej polityki, jest jakiś news lokalny typu inwestycja samorządowa w Polsce B, jest temat społeczny typu „pani zabija pana” albo wypadek na hulajnodze. Nie jest tylko to, co najważniejsze, ale redakcja dba też, żeby było różnorodnie.
Kiedy jeszcze wyobrażałem sobie, że mogę zająć się dziennikarstwem na swoich warunkach, a przy tym nie umrzeć z głodu, wymyśliłem hasło serwisu, który chciałbym prowadzić. Zamiast „to, co najważniejsze” chciałem pisać o tym, co „po prostu ciekawe”.
Jak mogliście zauważyć, wraz z tym blogiem prowadzę newsletter. Za jego pośrednictwem daję znać, że na bloga wjechała nowa notka. Gdyby jednak okazało się, że odbiorców jest więcej, chętnie poszedłbym o krok dalej i serwował w nim też bonusowe wiadomości. Takie „po prostu ciekawe”.
Wiecie, co z tym zrobić.