Strona główna

Jul Łyskawa a kwestia pokoleniowa

Sukces powieści Jula Łyskawy o Jeffreyu Watersie jest zaskoczeniem, bo akcja tej powieści toczy się w Stanach Zjednoczonych. Wyjaśniam, co to mówi o moim pokoleniu.

Akcja powieści, które w ostatnich latach dostawały głównonurtowe nagrody literackie – Nike i Paszpoty „Pollityki”* – albo rozgrywa się w Polsce, albo nie wiadomo gdzie, ale w sumie to chyba w Polsce. Dotyczy to książek Zyty Rudzkiej (Nike 2023), Radka Raka (2020), Olgi Tokarczuk (2015), Joanny Bator (2013), Łukasza Barysa (Paszport 2021), Dominiki Słowik (2019), a także większości utworów Łukasza Orbitowskiego (2015) i Zygmunta Miłoszewskiego (2014)

Gdy Jul Łyskawa dostał w ubiegłym roku Paszport, było to ewidentne odstępstwo od normy. Nagrodzono go za powieść – jedyną, którą wydał – ostentacyjnie amerykańską zarówno z ducha, jak i fabularnej treści.

Powieść Łyskawy jest złożona z różnych elementów i różnych form, ale wszystkie są nieomylnie amerykańskie. Jest tu pisanie językiem kanałów amerykańskiej telewizji i radia, jest grzanie się w podszytym skandalami ciepełku małego miasta na dalekim zachodzie czy iście amerykańska saga rodzinna osnuta wokół przekazywanego z ojca na syna biznesu.

Pytanie brzmi więc: dlaczego Łyskawa pisze tak amerykańsko i dlaczego takie pisanie zdobywa takie uznanie.

Można powiedzieć, że ot, tak lubi, a że napisał tę powieść znakomicie, to i zdobyła uznanie. Nieciekawa odpowiedź. Dlatego można poszukać ciekawszej. Dlaczego on akurat tak i o tym pisze.

Mam to szczęście, że należę do małego klubiku czytelniczego, i w owym klubiku rozważaliśmy, czy to dlatego, że Łyskawa, jako że urodził się w 1984 r., fascynację Ameryką wyssał wraz z oranżadą w woreczku w burzliwych latach dziewięćdziesiątych i tutaj daje tej fascynacji upust. Mnie ta hipoteza przekonuje tylko częściowo. Tak, karmił się zapewne Ameryką, ale nie czuję w „Jeffreyu Watersie” zachłyśnięcia. To jest książka jednak w przeważającej mierze satyryczna, choć to satyra raczej językowa lub humanistyczna niż społeczna. Ta powieść ani przez moment nie brzmi jak zachwyt. Nie jest też – z drugiej strony – w najmniejszym stopniu krytyką memu amerykańskiego snu, rodzajem rozliczeń ze szczeniackimi fantazjami.

Identyfikuję się pokoleniowo z Łyskawą urodzonym w 1984 r. I dlatego pozwalam sobie na interpretację pokoleniową. Stawiam hipotezę, że dla osoby urodzonej w Polsce w latach osiemdziesiątych popkulturowa Ameryka jest po prostu porządkiem wyobraźni.

Moja wyobraźnia jest wypchana małymi miasteczkami z Main Street, motelami jak Bates Motel albo jak te, w których zatrzymywali się Fox Mulder i Dana Scully. O tym, czym jest przemoc domowa, dowiadywałem się najpierw z „Twin Peaks”. Gdy myślę, dajmy na to, garażu, to widzę amerykańskie przedmieścia. Gdy myślę o przedmieściach, to najpierw widzę nie upstrzone reklamami miejskie rubieże stopniowo przemieniające się w wioski, tylko miękko falujące uliczki płynące jak strumyki pomiędzy gładko przystrzyżonymi trawnikami, pośród których rozrzucone są pokryte sidingiem domki amerykańskiej klasy średniej.

Spędziłem w USA niespełna miesiąc, ale i tak czułem się tam jak w domu. Okazało się bowiem, że scenografia amerykańskich seriali to jest o prostu Ameryka. Nie ma dużej przesady w tym, jak w „Breaking Bad” wygląda Nowy Meksyk, albo jaka atmosfera panuje w leśnych gęstwinach amerykańskiej północy, które przemierzamy w „Z Archiwum X”. Relacja prawdziwej Ameryki do seriali o Ameryce jest mniej więcej taka, jak relacja „Na Wspólnej” czy „Klanu” do życia w Polsce. Nie jeden do jednego, ale blisko.

Gdy próbuję wymyślić historię, instynktownie osadzam ją w takiej scenografii, w jakiej osadzone były historie, którymi się karmiłem. Czyli w Stanach Zjednoczonych. I zgaduję, że Łyskawa ma tak samo.

Proponuję wyjaśnienie, że powieść Łyskawy jest deklaracją, że tak, jako millenialsi mamy wyobraźnię umeblowaną przez amerykańską telewizję i najwyższy czas przestać się wstydzić, że dla części z nas ta wymyślona w telewizji Ameryka jest bliższa niż doświadczenia, na przykład, Polski powiatowej i to chętniej w niej, a nie w powiatowym blokowisku, osadzamy akcję swoich fantazji.

Dzięki Łyskawie możemy teraz bez zażenowania przyznać, że Ameryka – tylko ta sprzed Netflixa, ta bez napisów, tylko z lektorem Polsatu – umeblowała całemu pokoleniu Polek i Polaków wyobraźnię.

To przełom bardzo ważny, bo kolejne pokolenia są w jeszcze większym stopniu zamerykanizowane i warto być przygotowanym na moment, w którym to oni będą nadawać ton publicznej debacie. Jeśli jesteście innego zdania, to zróbcie badanie terenowe: usiądźcie w kawiarni w centrum Warszawy i posłuchajcie zza wyłączonych słuchawek, jak w naturalnym habitacie rozmawiają ze sobą współczesne nastolatki z klasy średniej.

Pointa niech będzie zaś taka: chwała klubom książki. Przesyłam więc serdeczne pozdrowienia współklubowiczkom.

__
* – Ściśle rzecz biorąc, Paszport „Polityki” jest przyznawany twórcom, nie za konkretne teksty, ale z grubsza wiadomo komu za co. Taka np. Małgorzata Rejmer dostała nagrodzę raczej za reportaże zagraniczne, więc nie wliczam jej do powieściopisarek. Choć wydała też np. powieść „Toksymia”, ale jej akcja rozgrywa się jednak w Warszawie.