Problem z ogórkową
W dawnej tradycji blogowej było tak, że na każdym szanującym się blogu pojawiał się w końcu wpis, że „dawno mnie nie było, ale już jestem, mam nadzieję dalej pisać regularnie”. Potem zazwyczaj następowała kolejna przerwa, nierzadko już na wieczność.
Zgodnie z tą tradycją powracam i zapowiadam poprawę. Dzisiaj dzielę się z Wami refleksją na temat tradycyjnych polskich zup.
Gdy ktoś zapyta mnie o ulubioną zupę, bez wątpienia zawsze odpowiem, że ogórkowa. Zauważyłem jednak, że w stołówkach czy restauracjach jej nie zamawiam. Często jednak – jeśli jest taka możliwość – wybieram inną kwaśną zupę, a mianowicie szczawiową.
Zastanowiłem się i sformułowałem wniosek, że szczawiowa ma to do siebie, że, choć nie jest zupą wybitną, to rzadko spada poniżej pewnego poziomu. Z ogórkową jest inaczej – potrafi być królową zup, ale bardzo często jest ledwie smutnym cieniem własnego potencjału.
Ilustruje to poniższa rycina.

Owszem, ogórkowa to najlepsza zupa z całej polskiej palety zup, nie tylko tych kwaśnych. Ale tylko wówczas, gdy robi się ją jak mój tata – w wersji bardzo kwaśnej.