Kosmiczna opera o Unii Europejskiej
Od „Upadającego Imperium” zaczyna się trylogia powieści preapokaliptycznych Johna Scalziego. Szybko dowiadujemy się, że ludzką cywilizację czeka zagłada, a potem przez trzy tomy obserwujemy, jak nie udaje się tego jakoś ogarnąć.
Brzmi znajomo?
Powiedzieć, że trylogia Scalziego to historia o kryzysie klimatycznym, to oczywiście nadużycie. Ale jakie ciekawe!
Angielski tytuł Interdependency oznacza Współzależność. Tak się tu mało inspirująco nazywa ludzkie imperium, którego światy rozsiane są po odległych układach.
Współzależność powstała jako ucieleśnienie całkiem pragmatycznego projektu – zaprojektujmy federację rozsianych wśród gwiazd światów – czasem planet, ale częściej habitatów wydrążonych np. w asteroidach – w taki sposób, żeby żaden nie mógł sobie poradzić bez całej reszty. Wówczas unikniemy wojen, wszyscy będą sobie nawzajem potrzebni i może tym razem ludzka cywilizacja nie upadnie na skutek bratobójczych bojów.
Z arystokratycznymi rodami poradzimy sobie tak, że każdy dostanie na coś monopol i będą siedzieć cicho. W ten sposób arystokraci będą od siebie zależni tak samo jak poszczególne układy.
Wtem okazuje się, że łączące te układy tunele czasoprzestrzenne zaczynają zanikać, a że system był zaprojektowany tak, żeby żaden układ nie mógł poradzić sobie w izolacji, no to mamy kłopot. Wiele z nich nie produkuje na przykład zbyt wiele żywności albo w odosobnieniu nie będzie miało dostępu do statków kosmicznych.
Pozwalając sobie na kreatywną interpretację, można powiedzieć, że dzisiaj nasze położenie – nas w sensie Europy, Ameryk i całej reszty – względem kryzysu klimatycznego jest w podobne. Zbudowaliśmy świat oparty o gospodarczą rywalizację każdego z każdym. Przynajmniej od czasów rewolucji przemysłowej, żeby PKB rosło, trzeba było spalać coraz więcej paliw kopalnych. No i teraz okazuje się, że były nieprzewidziane konsekwencje spalania na potęgę resztek pradawnej megaflory i fauny i trzeba coś z tym zrobić.
Szkopuł w tym, że dotychczasowy system – podobnie jak ten we Współzależności – wytworzył swoich beneficjentów, a im nie w ząb zmieniać zasady gry, w której tak świetnie im idzie.
Tak więc tym, co blokuje jakiekolwiek zorganizowane działanie nakierowane na ocalenie ludzkości, są nierówności – zarówno na poziomie państw, jak i klas czy jednostek. Im są większe, tym bardziej sprzeczne są interesy poszczególnych klas czy państw i mniejsza skłonność do współpracy. Dotychczasowi zwycięzcy nie chcą stracić przewagi, dotychczasowi przegrani – chcą mieć jak odrobić straty.
W takiej sytuacji racjonalnym wyborem egoistycznych elit jest zagrabiać jak najwięcej, a potem zawinąć klejnoty (w obu znaczeniach) i zabunkrować się na Marsie. W każdym razie tak się wydaje – nie jestem pewien, co będą robić z tymi klejnotami, zajadając z kolegami kleik z alg i filtrowanego moczu w ciasnej puszce w marsjańskim kraterze. Kto pierwszy spęka (lub się ogarnie – kwestia perspektywy) i spróbuje się samoograniczyć, dostanie po tyłku, bo zacznie zostawać w tyle.
W naszym świecie przed szereg wyszła u nas Unia Europejska i zaczęła wprowadzać regulacje, które przyniosły efekt – dynamika wzrostu emisji spada, pojawiła się realna szansa, że wiele gospodarek do 2050 r. zejdzie z emisjami w rejony net-zero. No ale jest problem. Bo spada „konkurencyjność”. Bo „zostajemy w tyle”.
To uproszczenie, wiem. Europa wiele rzeczy robi źle. Ale dyskurs wytwarzany przez elity robi swoje i, zgodnie z doktryną skapywania (która na arenie memetyki akurat wydaje się faktycznie działać), przenika do umysłów klasy średniej i niższej. Dla przytłaczającej większości z nas „konkurencyjność” jest właśnie figurą dyskursywną a nie zagadnieniem, z którym realnie się mierzymy i która realnie nas dotyczy. Owoce zwiększonej wydajności i tak zje ktoś inny. Natomiast susze, fale upałów, narastające migracje klimatyczne i rosnące ryzyko kolejnych pandemii – dotyczą nas jak najbardziej.
Kluczowe pytanie brzmi, co z tym w takim razie można zrobić. Jak sprawić, żeby doszło do globalnego samoograniczenia i jak wyjść z wyniszczającej rywalizacji. Scalzi proponuje odpowiedź, ale musicie sobie przeczytać jaką, bo przecież nie będę spojlował. Podpowiedź: o dziwo udaje się bez użycia gilotyny.
***
Przy okazji: używam Goodreads i chętnie przyjmę nowych znajomków ☺️